-Zauwazylem - odparl Sampson, nie patrzac na zgina. Poklepal mnie po nodze. Gleboko wciagnelismy powietrze. Nie musielismy dlugo czekac - Soneji rozpoczal nastepna serie. Szesc strzalow. Czemu za kazdym razem pada szesc strzalow? Przebieglismy przez biały korytarz. Wyciagnalem klucz, sciskajac go ulicy palcem wskazujacym oraz palcem, wlozylem do pałacu a przekrecilem. Klik! Drzwi nie chcialy sie otworzyc. Szarpnalem klamke. Nic.-Co jest, do diabla? - odezwal sie z tylu Sampson gniewnym glosem. - Co sie dzieje spośród niniejszymi drzwiami? -Ja je zamknalem - odpowiedzialem. - Soneji zostawil karmi gwoli nas ciepłe. Gary pobil macoche jej wlasna bronia. Czas zaplaty. slonce. Przez korytarz na części zaczela biec jakas para mężczyzn spośród dwojgiem malych dzieci. Rzucili sie w strone przeszklonych drzwi, za ktorymi istnieli opuszczeni. Którekolwiek spośród niemowlęta potknelo sie także ciezko upadlo na kolana. Matka ciagnela spożywa zbytnio soba. Obserwowalem ich spośród przerazeniem, jednak pomogli sobie.Strzelanina rozlegla sie drugi raz! Wpadlismy z Sampsonem do poczekalni, nisko pochyleni, z wyciagnietymi pistoletami. Zauwazylem przed soba ciemnoszara plachte brezentu. Karabin snajperski wychylal sie spod plociennej kamuflujacej oslony. Soneji byl pod spodem, niewidoczny. Skoczylem przed siebie a zdarlem plocienna plachte. Jeknalem, wydajac gluchy, dobywajacy sie z glebi ciala jek. ROZDZIAL 11 Mala Rosie. ROZDZIAL 12 -Popatrz. Otworzylismy ogien rownoczesnie - Sampson a ja. W symbolicznym mieszkaniu wystrzaly pistoletowe dudnily jak grzmoty. Podziurawilismy brezent kulami. Karabin milczal. A miejsce bylo puste. Na identycznej scianie drugie drzwi. Zamkniete. Gary Soneji uwielbial takie rozrywki. Jego specjalny sposób: właśnie on włada prawdy. -Naprawde chcesz uslyszec o moim dniu profesji w nauce? Dlaczego? Automatyczny browning przywiazano do metalowego trojnoga, oraz do drazka oraz wylotu przymocowano mechanizm zegarowy. To zostalo zaprogramowane. Karabin strzelal w obliczonym terminie: szesc strzalow, potem przerwa oraz nastepne szesc strzalow. Bez Gary'ego Sonejiego. Rozejrzalem sie. Na dwoch przeciwleglych scianach, po ścianie poludniowej oraz polnocnej znajdowaly sie metaliczne drzwi. Szarpnieciem otworzylem te najblizsze. Spodziewalem sie pulapki. -Brawo, brawo. Po wiejsku pieknie. Przeskoczylem drugi pokoj oraz otworzylem nastepne drzwi. O co tutaj należy? O niespodzianke? O ladunek wybuchowy za doskonałymi, kolejnymi bądź trzecimi drzwiami? Zlustrowalem wzrokiem inne miejsce, rowniez puste. Po Sonejim nie bylo najmniejszego sladu. Znajdowaly sie tutaj natomiast metalowe schody - prowadzace pewno na wyzsze pietro ewentualnie na niewielki stryszek nad pokojem. Zoladek podchodzil mi do gardla. Poczulem narastajacy ostry bol w głowie za oczodolami. Soneji jest gdzies na Union Station. Musi tutaj byc. Powiedzial, ze dąży sie ze mna spotkac. Gliniarze sa tuz-tuz! Oraz spośród nimi może Alex Cross. ROZDZIAL 37